Dom, Który Czyni Szalonym

Pojechaliśmy do Pewnej Spółki, aby złożyć wniosek o przyłączenie prądu. Wystaliśmy się w 20-metrowej kolejce do Punktu Obsługi Klienta, co trwało około godziny, po czym, gdy wreszcie usiedliśmy, dowiedzieliśmy się, że mamy się udać do pokoju 109. W którym nie było nikogo. Czekamy znów, robiąc się coraz bardziej głodni. Wreszcie… poinformowano nas, że niestety, ale naszą sprawę załatwimy w pokoju 007. W którym to pokoju uprzejmy pan stwierdził, że on tego nie załatwia i mamy iść do… Punktu Obsługi Klienta!

W tym momencie miałam wrażenie, że się rozpłaczę, więc usiadłam i zaczęłam wyłuszczać, że właśnie stamtąd wracam. Pan sie poirytował, że spychają na niego robotę i wybiegł. Po jakimś czasie wrócił z dyrektorem, który zabrał nas z powrotem do 109, gdzie poinformował wcześniej spotkanego pana, iż ma nas obsłużyć (mimo że podobno nie zajmuje się tymi sprawami).

Ech…  a to dopiero początek zbierania zaświadczeń i oświadczeń z różnych firm, żebym mogła zacząć płacić im za prąd (muszę mieć podpisane przez facowego elektryka oświadczenie, które pozwoli mi złożyć wniosek o możliwość zawarcia umowy, a Firma dopiero się zastanowi, czy chce ze mną tę umowę podpisać; potem, jeśli się zgodzą, będę musiała poczekac i tak…)! Istny Dom, Który Czyni Szalonym (pozdrawiamy Asteriksa).

Mleko w stanie nieważkości

Jechaliśmy sobie ze Ślubnym po wizycie w Sanepidzie i komentowaliśmy nasze najnowsze “osiągnięcia”.

- Wiesz, to nie o to chodzi, że Sanepid sam w sobie jest zły, tylko te przepisy są kompletnie nieżyciowe – mruknęłam w podsumowaniu.
- Ale polski Sanepid nie ma wpływu na to, jakie ustawy się przyjmuje?
- Czy ja wiem? Teraz to wszystko Unia i jej dyrektywy. Każą wprowadzać, to się wprowadza.
- No to ja już wiem, po co te dwa magazyny!
- Hmm?
- Przecież w stanie nieważkości jest całkiem możliwe, że to przeklęte mleko może się wydostać i zalać mąkę! Ale przecież nie na Naszej Ziemi!

To może gwoli wyjaśnienia, bo dla niektórych nasza wymiana zdań może wydać się absurdalna: cały system HACCP został wymyślony dla potrzeb NASA i wprowadzony podczas lotów kosmicznych, a potem (w dużym uproszczeniu) panowie z UE stwierdzili, że się nada do kontroli procesów technologicznych w produkcji żywności. A jednym z wymogów sanitarnych jest, aby magazyn mokry (czyt. lodówka) był oddzielony ścianką działową i drzwiami od magazynu suchego (czyt. szafka na mąkę/cukier).  Stąd właśnie koncepcja mleka swobodnie przemieszczającego się w magazynie i wchodzącego w ostrą reakcję z mąką w wyniku czego powstają małe, słodkie bułeczki.

“Never apologize!”

“Never apologize”, mawiała Julia Child, kiedy coś w kuchni poszło nie tak, jak trzeba. Kiedy naleśniki, zamiast spektakularnie zrobić fikołka w powietrzu i spaść na patelnię, lądowały na podłodze. Kiedy homar (tak sobie imaginuję) odmawiał zgonu i uparcie przeżywał gotowanie, kiedy… Jest tyle sytuacji w trakcie gotowania, które budzą w nas irytację, a często i złość, zwłaszcza gdy staramy się, aby wszystko wyszło idealnie! A gdy musimy przygotować wykwintną kolację albo obiad dla gości – gwarantowane, że coś pójdzie nie tak.

“Never apologize”, powiedziałam sobie, gdy kilka dni temu otworzyłam lodówkę, a tam jak gdyby nigdy nic na półce stała katastrofa. Pięknie ozdobiony poprzedniego dnia tort na urodziny córki koleżanki rozpuścił kolorowe koraliki. Smętny karmel zlał się na podstawkę cienkimi strużkami, a koraliki zmieniły się w tęczę i to niezbyt kształtną. Nigdy nie stosuję takich ozdób, więc nie wiedziałam, że tort (a konkretnie masa grysikowa) okaże się złośliwy. Okazało się, że koleżanka uznała, iż tak ma być i w ogóle nie zwróciła uwagi na to, co w moich oczach jawiło się jako wielka porażka. A już byłam gotowa upiec jej nowe ciasto.

“Never apologize”, powtórzyłam ze śmiechem, gdy na kolacji w domu przyjaciół pani domu zaczęła tłumaczyć się ze stanu pasztetu (który był pyszny, tak swoją drogą). Przecież nikt nawet by nie zauważył rzekomych niedociągnięć, tak wszyscy byliśmy zachwyceni rozchodzącymi się po mieszkaniu zapachami.

Dlatego w kuchni i wobec znajomych – never apologize.

Na Krowodrzej Górce

Chyba (chyba, mam nadzieję głęboką, oby…) nie będzie zapeszaniem, jeśli ogłoszę publicznie, że mamy nowy lokal dla KahvaThei. Jest większy, przestronniejszy, ma cudowną kuchnię (będziemy mogły postawić wyspę – wreszcie!) i ogólnie daje się opisać różnymi porównawczymi epitetami kończącymi się na “-szy”.  Wada – nie leży na Ruczaju.

Naszej pięknej wsi Ruczaj długo nie mogłam odżałować i chyba nie odżałuję dopóty, dopóki nie otworzymy tam filii. KahvaThea przenosi się zatem na piękną wieś Krowodrza Górka, dokładniej rzecz biorąc na ulicę Fieldorfa Nila. Dlatego nasz cudny slogan wziął w łeb, ale my sElf wymyśliła już nowy, bardziej uniwersalny. Od nowa spędzam czas nad projektami i liczeniem umywalek. Jestem zadowolona, acz mam przy tym nadzieję, że mieszkańcy Krowodrzy zaakceptują nas, a mieszkańcy i studenci Ruczaju cierpliwie poczekają.

Od stycznia ruszamy z remontem (wreszcie, dzięki, Boże!). A ja znalazłam dziś firmę wywożącą gruz, która urzekła mnie nazwą: Mr Łoś. Koniecznie muszę do nich napisać. Oby teraz poszło szybko i startujemy!

Homo homini lupus

Długo nie pisałam nic, bo ciągle boję się zapeszyć i… jakoś słów brakuje na opisanie tego, co nas spotkało. Że kurestwo, że grabież i że sromota (jak mawia Anna Brzezińska) w tym kraju, to wiem od dawna, ale zawsze sądziłam, iż ludzie powinni sobie pomagać, skoro System jest przeciw nam. A tu homo homini lupus.

Na spotkaniu z przedstawicielem dewelopera jakieś półtora tygodnia temu dowiedziałam się wielu ciekawostek na temat budynku, w którym miała mieć siedzibę KahvaThea. Ciekawostki te niezbyt mnie ucieszyły, ale zostałam przezornie odesłana na spotkanie z inspektorem budowy, co miało miejsce tydzień temu w poniedziałek. Inspektor potraktował mnie jak histeryczkę-psychopatkę tudzież uciążliwego gryzonia, którego trzeba jak najszybciej się pozbyc, a wcześniej skopać porządnie. Na moją uwagę, że chciałabym zacząć prace jak najszybciej, bo od miesiąca mam poumawianych ludzi, dowiedziałam się, że swoje żale mogę wylewać komuś innemu, przestać histeryzować i uspokoić się. Następnie powiedziano mi, że chyba zgłupiałam, domagając się ciepłej wody w lokalu (“Kto pani takich głupot naopowiadała?”; kto? ich przedstawiciel, ale tego już nie przyjęli do wiadomości). Na koniec padło pytanie, na które nikt nie oczekiwał odpowiedzi, a przynajmniej nie ode mnie: “A gdzie się pani tak spieszy, jak budynek i tak oddamy najwcześniej w kwietniu?”

Wyszłam. Z siebie, stamtąd, pochodziłam bez celu po Ruczaju, aż zmarzłam i to dopiero mnie otrzeźwiło. Zrobiłam zakupy w Tesco, po czym usiadłam na ławce i rozpłakałam się. Zadawanie sobie pytań w stylu: “dlaczego?” i “za jakie grzechy?” mijało się zasadniczo z celem, bo nawet Szef by mi na nie nie odpowiedział. Pozostało mi zabrać się za szukanie nowego miejsca na “zaparkowanie” kawiarni. Chyba znalazłam. Chyba i ćśśś… nie zapeszam. Tylko nasze cudne hasło reklamowe, nasze soczyste “Serce Krakowa w centrum Ruczaju” poszło się paść, kolokwialnie rzecz ujmując. Życie. Walczymy dalej.

Kłody pod nogi

“Doskonały deser potrafi zatrzeć wspomnienie o złym posiłku.”
(Franz Sacher)

Porażki zdarzają się nawet mistrzom, ale tylko mistrzowie potrafią przekuć porażkę w sukces. Istnieje wiele anegdot o porażkach, które pozwoliły stworzyć całkiem nową potrawę: wystarczy wspomnieć brownie – murzynka, do którego twórczyni zapomniała dosypać spulchniacza, tartę Tatin – efekt pomylenia kolejności warstw, czy wreszcie najlepiej wypromowaną porażkę na świecie – Beaujolais Nouveau!

W kuchni bywa, że coś się nie uda, i tylko czasami winny jest kucharz. Dziś skonstatowałyśmy z Mrs. TeATime ze smutkiem, że w szkole uczono nas budowy układu rozrodczego pantofelka czy rysowania schematów procesu hybrydyzacji, a nikt nie wyjaśnił nam najprostszych reakcji chemicznych, jakie zachodzą w każdym domu w porze obiadowej. Byłaby to przecież wiedza praktyczna i przydatna na co dzień, a w tym polska szkoła nie celuje.

Musimy więc same eksperymentować i kombinować, ucząc się na swoich błędach, które po kilku tygodniach wspominamy ze śmiechem.

Cukierniczka?

Z dzieciństwa mojej Siostry pamiętam książeczkę “o Klarze, która była doskonałą cukierniczką”. Cytat jest dosłowny, by ukazać paradoks nazewnictwa w tej – jakże kobiecej przecież! – dziedzinie, jaką jest kuchnia.

Każdy przecież wie, czym jest cukierniczka: to naczynie stołowe, w którym podaje się cukier.

cuk

Cukierniczka to rzeczownik pospolity – nie zawód, nie powołanie, nie hobby.

Zresztą zabawne, że to cukierniczka jest rodzaju żeńskiego. Jakby nie można było tego pojemnika ochrzcić mianem cukiernika.

Ale nie można było, bo cukiernik – to brzmi dumnie! Dyplom mistrza cukiernictwa marzy mi się bardzo, mimo że byłabym mistrzem, a nie mistrzynią, stosownie do płci. Choć prace kuchenne zwykło się uważać za typowo kobiece, nadal nie stworzono odpowiedniego terminu mogącego określać kobietę, która zajmuje się wyrobem ciast, ciasteczek i innych zjawiskowych wypieków.

Dlaczego? Tego nie wiemy. Pozostaje jednak zakasać rękawy i wziąć się do roboty, a nad kwestiami językoznawczymi niech biedzą się ci bez rękawów. Cukierniczych.

Kawa i Herbata

Często spotykam się z pytaniami dotyczącymi nazwy naszego przedsięwzięcia. Co to w ogóle jest ta “kahvathea” i dlaczego tak głupio? Toż to się w ogóle nie da zapamiętać! A przecież etymologia naszej nazwy jest najbanalniejsza w świecie.

Kilka miesięcy temu próbowaliśmy wymyślić jakąś krótką nazwę dla naszej strony internetowej, która jednocześnie oddawałaby to, co będziemy na tej stronie oferować. Jedną z moich propozycji było “kahva et herba thea”, co znajomy Admina zgrabnie skrócił do “kahva thea” i… tak już zostało.

“Kahva Thea” to miks słów pochodzących z języka arabskiego i łaciny. “Kahva” (wym. twardo “kawa”) to arabskie słowo oznaczające po prostu kawę, do Europy trafiło za pośrednictwem Turcji, gdzie mówiono “kahve”, przez Włochy (“caffe”). “Thea”, no cóż… “Thea” to herbata. Po łacinie. Dlatego wymawiamy je po prostu jako “tea”. Nie “tii” z angielska ani “tia” z polish-english, tylko “tea”. Zatem “Kahva Thea” to zwyczajnie “Kawa Herbata”. Po polsku nie brzmi tak poetycko. Ot, życie…

Ciasteczkowy Potwór

Wczorajsze popołudnie spędziłyśmy z Mrs. TeATime na kojącym nerwy pieczeniu ciasteczek. Asystowała nam Pani Fotograf, niestrudzenie utrwalająca na matrycy swojego aparatu ubijanie piany, wyrabianie ciasta, roztapianie kilku tabliczek czekolady i nugatu, oblizywanie paluchów i inne przemiłe rzeczy.

Rozkoszne zapachy przez parę godzin rozchodziły się po mieszkaniu, by w końcu wylec na klatkę i powiadomić wszystkich moich sąsiadów, że tu odbywa się Wielkie Pieczenie.

Efektem tych wszystkich działań były gorzkie czekoladowe muffiny z nadzieniem nugatowo-śmietanowym oraz talarki tiramisu z białą czekoladą. I oczywiście zdjęcia, którymi pochwalimy się wkrótce.

Gotowanie jest TAKIE przyjemne..!

Prywatne świętowanie z okazji Terra Madre

Czekałam, czekałam, czekałam… i doczekałam się wreszcie. Dziś z rana, pędząc do pracy, wyjęłam ze skrzynki pocztowej grubaśną kopertę z adresem zwrotnym: Bra, Italy. A w środku list od Pana Petriniego, który wita mnie jako członkinię międzynarodowego stowarzyszenia miłośników Slow Food, “Convivium Kracovia”. To jest godne co najmniej popiskiwania zadowolonej nastoletniej fanki Leonardo di Caprio (w czasach, gdy byłam nastolatką, wypadało się kochać w Leonardo, który przynajmniej nie miał nazwiska jak warzywo ogrodowe zdatne do kiszenia zamiast ogórków). Zatem mają mnie. Jestem slowfoodowa nawet na metryczce, co poniekąd sprawia (choć to może spore nadużycie), że i KahvaThea już jest slowfoodowa. Także na metryczce.

10 grudnia b.r. odbywa się w Turynie kolejny Światowy Dzień Terra Madre. Tym razem ogromną okazją do świętowania jest 20-lecie ruchu Slow Food. A w Krakowie z tej okazji jest organizowane spotkanie Wina Małopolski, na które wybrałabym się z wielką chęcia, gdyby nie to, że zapewne w tym czasie będę w trakcie burzenia ścian tudzież wiercenia dziur pod umywalki. Może następnym razem.

A dla przypomnienia – kim jesteśmy (my, MY!):

Manifest Slow Food

Międzynarodowy Ruch dla Ochrony Prawa do Przyjemności oficjalnie został założony 9 listopada 1989 roku w Paryżu. Jego Manifest został poparty przez delegatów z Argentyny, Austrii, Brazylii, Danii, Francji, Niemiec, Węgier, Włoch, Japonii, Hiszpanii, Szwecji, Szwajcarii, Stanów Zjednoczonych i Wenezueli.

Nasze stulecie, które rozpoczęło się i ubiegło pod znakiem cywilizacji przemysłowej, wymyśliło maszynę i przyjęło ją za symbol swojego modelu życia.

Jesteśmy niewolnikami prędkości i wszyscy ulegliśmy podstępnemu wirusowi, jakim jest szybkie życie (fast life), które burzy nasze przyzwyczajenia, zakłóca naszą prywatność w domach i zmusza nas do objadania się Fast Food’ami.

By być godnym swej nazwy – Homo Sapiens – musi wyzbyć się prędkości zanim zredukuje nas ona do rzędu gatunków zagrożonych wymarciem.

Nieustępliwa obrona spokojnej materialnej przyjemności jest jedynym sposobem przeciwstawienia się globalnemu szaleństwu szybkości.

Odpowiednie dawkowanie pewnej zmysłowej przyjemności i powolne, długotrwałe zadowolenie mogą ochronić nas przed zaraźliwą wielością mylącą szaleństwo z wydajnością.

Nasza obrona powinna zacząć się przy stole ze Slow Food’em. Odkryjmy na nowo smaki i uroki kuchni regionalnej oraz uwolnijmy się spod niszczącego wpływu Fast Food’ów.

W imię produktywności, prędkość zmieniła nasz sposób bycia i zagraża naszemu otoczeniu oraz krajobrazowi. Slow Food jest w tej chwili jedyną prawdziwie postępową ideą.

Tym właśnie jest prawdziwa kultura – odkrywaniem smaku nie jego niszczeniem. a jak lepiej osiągnąć ten cel niż drogą międzynarodowej wymiany doświadczeń, wiedzy, projektów?

Slow Food gwarantuje lepszą przyszłość.

Slow Food to idea, która wymaga poparcia właściwych ludzi, mogących zmienić ten (powolny) ruch w ruch międzynarodowy, mający za symbol małego ślimaka.

(ze strony www.slowfood.pl)

Starsze wpisy »
www.kahvathea.pl | WordPress | projekt graficzny: Artedotum.pl