Papierek lakmusowy
Sporo w naszych ostatnich rozmowach i mniej czy bardziej publicznych przemyśleniach wniosków na temat wpływu dziecięcych wspomnień żywieniowych na dorosłe życie. Nie jest to ani niczym dziwnym, ani nowym, ani szczególnie odkrywczym. Wspomnienia mogą mieć dwojaki wpływ na nas: albo napawać nas wstrętem, albo przywoływać cudowne skojarzenia. Przyszły nam do głowy i obrzydliwe, rozgotowane kostki rybne ze szkolnych stołówek, i zapach ryżu na mleku koniecznie posypanego cynamonem (ale w wersji lekko al dente). Każdy ma oczywiście swoje wspomnienia i nie podlega to ocenie, możemy tylko się z tego śmiać bądź temu dziwić.
Smaki dzieciństwa, kwestie uprzedzeń kulturowych i skłonność do zmian i eksperymentów tworzą mieszankę, która kształtuje nasze kulinarne gusta. A w gotowaniu i jedzeniu świetne jest też to, że możemy się naszymi gustami bezkarnie dzielić, bez podejrzenia o, nomen omen, bezguście lub zostawanie w tyle. Nie trzeba wiedzieć, co jest modne, nie trzeba kochać tego, co tłum, nie trzeba zapierać się swoich przekonań. Lubisz coś albo nie i takie kwestie nie podlegają dyskusji.
“Jedzenie jest kulturowym papierkiem lakmusowym”, twierdzi Felipe Fernandez-Armesto, “członkowie wspólnoty kulturowej rozpoznają się po tym, co kto jada i przyglądają się jadłospisowi, aby wskazać to, co odrzucają.”* Przytacza przy tym historię, jaką zamieścił w swym pamiętniku z podróży po Andach jeden z jezuickich misjonarzy, przyszły prowincjał Nicolas de Mastrillo. W towarzystwie starego księdza wyruszył na swą pierwszą misję w wielodniową podróż przez góry i dżunglę w poszukiwaniu nieochrzczonych Indian. Gdy ich spotkał, zachwyciła go ich szczodrość i przyjazny stosunek, gdy usiedli razem do uczty pod drzewem. Po chwili nastąpił groźny moment, gdy jeden z Indian, który uważał, że jezuici i świeccy Hiszpanie należą do dwóch różnych ras, tak odmienne były ich zachowania i maniery, nagle zmienił zdanie. “Myślę – powiedział – że ci ludzie nie są prawdziwymi zakonnikami, tylko przebranymi Hiszpanami.” Napięcie utrzymywało się przez chwilę, podczas gdy życie Mastrilla wisiało na włosku. Jednak Indianin stwierdził z ulgą: ” Nie, oni muszą być zakonnikami, bo jedzą nasze potrawy.“** Tego typu rozpowszechniające się poglądy sprawiają, że całe kultury przyjmują wrogą postawę wobec nowości na stole i w kuchni. Najlepszym tego przykładem jest wzajemna, nieuzasadniona właściwie niczym niechęć pomiędzy kuchnią francuską a anglo-amerykańską.
Zawsze twierdziło się, że Anglicy nie umieją gotować. Zapewne pierwsi stwierdzili to Francuzi. Animozje francusko-angielskie mają poważne podłoże historyczne, wyłuszczanie którego w tym miejscu byłoby wytaczaniem armaty na muchę. Przeniosło się to także na zwyczaje kulinarne i wzajemną pogardę dla tychże. Francuzi mówili o Anglikach, co wyżej przytoczono, Anglicy uważali kuchnię francuską za zbyt wydumaną i afektowaną. “Oooo… łi, buef burżinią… łiii…bą apetiii!” Ameryka za to, jaka jest, każy widzi. To właściwie nie jeden kraj, a zlepek wielu różnych kultur, tradycji, historii, a dzieje formowania się USA to po raz kolejny – zbyt długa opowieść. Mimo że Amerykanie wiele zawdzięczają Francuzom, to ich korzenie tkwią w Anglii i angielska niechęć do sąsiadów zza wody przesiąknęła i przez ocean. Wiele jest kulinarnych anegdotek obrazujących te perypetie, odsyłam po nie do Tysiąca stołów.***
Co mnie jednak tknęło, to zdanie zacytowane z jednego z felietonów amerykańskiego smakosza A. J. Lieblinga: “Pstrąg błękitny jest zwyczajnie mordowany w gorącej wodzie, jak rzymski cesarz podczas kąpieli, z wystarczającą ilością topionego masła, aby zatruć zakrzepicą cały pułk wojska (podkreślenie moje).” Zaczęłam się zastanawiać, czy aby pewne masowe histerie, którym ulegliśmy my – ludzie XX i XXI wieku nie wzięły się aby z kulinarnych uprzedzeń i wspomnień. Nie neguję oczywiście wszelkich ustaleń poczynionych przez zbyt wielkie umysły, by przyszło mi się z nimi równać, ale poza kwestiami naukowymi tudzież korporacyjno-gospodarczymi, także takie proste powody mogły wchodzić w grę. O tyle zaś utajnione, że przecież współczesny człowiek, światły i tolerancyjny, o otwartym umyśle, nie przyzna się przecież do czegoś tak irracjonalnego, jak obawa przed “francuskim” masłem!
Jest to moja zupełnie luźna myśl (wiem, pewnie ktoś już wpadł na to wcześniej), ale w tak bardzo podniecający sposób łączy moje hobby, czyli kulinaria, z wyuczonym zawodem, czyli historią, że nie mogłam się jej oprzeć. Miło byłoby kiedyś zebrać przekazy, zawarte najpewniej i najpełniej w pamiętnikach przedstawicieli epoki, w obrazach, w słowie pisanym, śpiewanym i przekazanym anegdotą, bajką czy płótnem… prześledzić historię “naukowych” fobii pod kątem kulturowym. A może ktoś zna taką książkę? Chętnie przeczytam!
*Felipe Fernandez-Armesto, Wokół tysiąca stołów, czyli historia jedzenia, Warszawa 2003, s. 244.
** Ibidem, s. 246
*** Ibidem, s. 238-248








“Czekolada”. To film dla kobiet, bo przecież wróżka jest w każdej z nas. A ja każdej z nas życzę, by znalazła dom, którego od tylu wieków szuka.




