Papierek lakmusowy

Sporo w  naszych ostatnich rozmowach i mniej czy bardziej publicznych przemyśleniach wniosków na temat wpływu dziecięcych wspomnień żywieniowych na dorosłe życie. Nie jest to ani niczym dziwnym, ani nowym, ani szczególnie odkrywczym. Wspomnienia mogą mieć dwojaki wpływ na nas: albo napawać nas wstrętem, albo przywoływać cudowne skojarzenia. Przyszły nam do głowy i obrzydliwe, rozgotowane kostki rybne ze szkolnych stołówek, i zapach ryżu na mleku koniecznie posypanego cynamonem (ale w wersji lekko al dente). Każdy ma oczywiście swoje wspomnienia i nie podlega to ocenie, możemy tylko się z tego śmiać bądź temu dziwić.

Smaki dzieciństwa, kwestie uprzedzeń kulturowych i skłonność do zmian i eksperymentów tworzą mieszankę, która kształtuje nasze kulinarne gusta. A w gotowaniu i jedzeniu świetne jest też to, że możemy się naszymi gustami bezkarnie dzielić, bez podejrzenia o, nomen omen, bezguście lub zostawanie w tyle. Nie trzeba wiedzieć, co jest modne, nie trzeba kochać tego, co tłum, nie trzeba zapierać się swoich przekonań. Lubisz coś albo nie i takie kwestie nie podlegają dyskusji.

“Jedzenie jest kulturowym papierkiem lakmusowym”, twierdzi Felipe Fernandez-Armesto, “członkowie wspólnoty kulturowej rozpoznają się po tym, co kto jada i przyglądają się jadłospisowi, aby wskazać to, co odrzucają.”* Przytacza przy tym historię, jaką zamieścił w swym pamiętniku z podróży po Andach jeden z jezuickich misjonarzy, przyszły prowincjał Nicolas de Mastrillo. W towarzystwie starego księdza wyruszył na swą pierwszą misję w wielodniową podróż przez góry i dżunglę w poszukiwaniu nieochrzczonych Indian. Gdy ich spotkał, zachwyciła go ich szczodrość i przyjazny stosunek, gdy usiedli razem do uczty pod drzewem. Po chwili nastąpił groźny moment, gdy jeden z Indian, który uważał, że jezuici i świeccy Hiszpanie należą do dwóch różnych ras, tak odmienne były ich zachowania i maniery, nagle zmienił zdanie. “Myślę – powiedział – że ci ludzie nie są prawdziwymi zakonnikami, tylko przebranymi Hiszpanami.” Napięcie utrzymywało się przez chwilę, podczas gdy życie Mastrilla wisiało na włosku. Jednak Indianin stwierdził z ulgą: ” Nie, oni muszą być zakonnikami, bo jedzą nasze potrawy.“** Tego typu rozpowszechniające się poglądy sprawiają, że całe kultury przyjmują wrogą postawę wobec nowości na stole i w kuchni. Najlepszym tego przykładem jest wzajemna, nieuzasadniona właściwie niczym niechęć pomiędzy kuchnią francuską a anglo-amerykańską.

Zawsze twierdziło się, że Anglicy nie umieją gotować. Zapewne pierwsi stwierdzili to Francuzi. Animozje francusko-angielskie mają poważne podłoże historyczne, wyłuszczanie którego w tym miejscu byłoby wytaczaniem armaty na muchę. Przeniosło się to także na zwyczaje kulinarne i wzajemną pogardę dla tychże. Francuzi mówili o Anglikach, co wyżej przytoczono, Anglicy uważali kuchnię francuską za zbyt wydumaną i afektowaną. “Oooo… łi, buef burżinią… łiii…bą apetiii!” Ameryka za to, jaka jest, każy widzi. To właściwie nie jeden kraj, a zlepek wielu różnych kultur, tradycji, historii, a dzieje formowania się USA to po raz kolejny – zbyt długa opowieść.  Mimo że Amerykanie wiele zawdzięczają Francuzom, to ich korzenie tkwią w Anglii i angielska niechęć do sąsiadów zza wody przesiąknęła i przez ocean. Wiele jest kulinarnych anegdotek obrazujących te perypetie, odsyłam po nie do Tysiąca stołów.***

Co mnie jednak tknęło, to zdanie zacytowane z jednego z felietonów amerykańskiego smakosza A. J. Lieblinga: “Pstrąg błękitny jest zwyczajnie mordowany w gorącej wodzie, jak rzymski cesarz podczas kąpieli, z wystarczającą ilością topionego masła, aby zatruć zakrzepicą cały pułk wojska (podkreślenie moje).” Zaczęłam się zastanawiać, czy aby pewne masowe histerie, którym ulegliśmy my – ludzie XX i XXI wieku nie wzięły się aby z kulinarnych uprzedzeń i wspomnień. Nie neguję oczywiście wszelkich ustaleń poczynionych przez zbyt wielkie umysły, by przyszło mi się z nimi równać, ale poza kwestiami naukowymi tudzież korporacyjno-gospodarczymi, także takie proste powody mogły wchodzić w grę. O tyle zaś utajnione, że przecież współczesny człowiek, światły i tolerancyjny, o otwartym umyśle, nie przyzna się przecież do czegoś tak irracjonalnego, jak obawa przed “francuskim” masłem!

Jest to moja zupełnie luźna myśl (wiem, pewnie ktoś już wpadł na to wcześniej), ale w tak bardzo podniecający sposób łączy moje hobby, czyli kulinaria, z wyuczonym zawodem, czyli historią, że nie mogłam się jej oprzeć. Miło byłoby kiedyś zebrać przekazy, zawarte najpewniej i najpełniej w pamiętnikach przedstawicieli epoki, w obrazach, w słowie pisanym, śpiewanym i przekazanym anegdotą, bajką czy płótnem… prześledzić historię “naukowych” fobii pod kątem kulturowym. A może ktoś zna taką książkę? Chętnie przeczytam!

*Felipe Fernandez-Armesto, Wokół tysiąca stołów, czyli historia jedzenia, Warszawa 2003, s. 244.
** Ibidem, s. 246
*** Ibidem, s. 238-248

Palmiery

Palmiery to nieduże ciasteczka z ciasta francuskiego, zwane także baranimi rogami lub motylkami, a po angielsku palm leaves. Nazwa i “tworzywo”, z których powstają palmiery, wskazuje na ich francuski rodowód, jednak pierwszy przepis na ten wypiek pochodzi z amerykańskiej książki kucharskiej “Viennese Cooking” wydanej w roku 1960, gdzie figurują one pod nazwą Palmenblätter (niem. >liście palmowe<). Wszystkie nazwy palmierów pochodzą od ich charakterystycznego kształtu.

Palmiery, podobnie jak muffinki, poddają się z łatwością wielu modyfikacjom. Równie pyszne są w wersji słodkiej, co pikantnej. W zeszłym tygodniu wyśniłam palmiery w wersji zielonej (z pesto i żółtym serem). Wczoraj zajadaliśmy się eksperymentalnym wypiekiem i na pewno będę lobbować za utworzeniem specjalnego palmierowego dnia w KahvaThei.

W sklepie wielkopowierzchniowym

Normalni ludzie jeżdżą do Ikei, Castoramy, Selgrosa czy Makro samochodem. My nie mamy samochodu (jeszcze), więc jeździmy autobusem. Autobusem nie da się jeździć jak człowiek, można co najwyżej podróżować jak pasażer. A wiadomo, że “pasażer” to odrębny podgatunek.

Dziś pojechałyśmy z my sElf do Selgrosa oglądać lodówki i kupić śliczne szklanki do latte macchiato, które akurat były w promocji. Oględziny lodówek i moment niezrozumienia między nami doprowadził do kolejnego dobrego pomysłu (jak w zalewie chłodziarko-zamrażarek kupić dwukomorową chłodziarkę).

10030384-1

Szklanki były niespakowane – tak, żeby było zabawniej transportować. Kiedy objuczone jak wielbłądzice maszerowałyśmy w stronę wyjścia, drogę zastąpił nam ochroniarz typu “kark” w pozie typu “nie przejdziesz tędy, złotko”.

- Mają panie złotą kartę? – rzucił z wyższością.
- Nie – zdurniałyśmy.
Pan ochroniarz władczym i, jak mi się zdawało, nieco pogardliwym gestem wskazał nam drogę, którą właśnie przebyłyśmy.
- Wyjście jest tam.

No dobrze, nie mamy złotej karty i nie korzystamy z parkingu “top klient”.  Za to mamy wiele samozaparcia, gdy dość szybkim tempem musiałyśmy pokonać drogę na przystanek, grzechocząc szklankami. My sElf wykazała się przy tym ogromną cierpliwością, nie reagując nerwowo na moje potupywanie i marudzenie (“Nie zdążymy!”).

- Czy ja wywieram na ciebie presję? – rzuciłam, widząc, jak męczy się z dwuzłotówką przy wózku.
- Nie – odrzekła z opanowaniem. Po raz kolejny.

W drodze na przystanek zastanawiałyśmy się, czy nakręcą o nas film i kto mógłby grać główne role. Oczywiście scena z Selgrosem musiałaby się w nim znaleźć (przed oczami prawie romantycznie majaczyły się nam kominy elektrociepłowni). W środku transportu publicznego z naszymi pakunkami brzmiałyśmy jak menele jadące do skupu butelek. Podróż umilały nam rozmowy między innymi o nomadzkich technikach kruszenia mięsa pod siodłami w trakcie jazdy. Na szczęście w domku czekała na nas tarta z makrelą i gorąca herbatka. Lubię powroty.

Jeszcze raz o maśle

Podobno do trzech razy sztuka – ale pozwolę sobie kolejny raz poruszyć temat masła, tym razem w nieco szerszym kontekście. Mrs TeATime pisała już o wyższości Masła (wielkie M!) nad margaryną, a także o trzech sekretach kuchni francuskiej w kontekście dwóch filmów: “No reservations” i “Julie & Julii”.

Mnie bardzo utkwił w pamięci tekst Julie z tego ostatniego – chodziło mniej więcej o to, że gdyby miał nastąpić Armageddon, to Julie poświęciłaby czas oczekiwania na rozpieszczanie się przez jedzenie masła.

Ja podobne uczucia żywię wobec śmietany: gdybym mogła, dodawałabym jej do wszystkiego. Uwielbiam jej gęstą konsystencję i ten charakterystyczny tłustawo-mleczny posmak, niezależny od tego, czy śmietana jest kwaśna czy słodka. Mogłabym długo żywić się samą śmietaną, czasami zamieniając ją na mascarpone czy klasyczny twarożek.

Obsesja na punkcie masła czy śmietany może wydawać się szaleństwem, ale – w tym szaleństwie jest metoda! Dietetycy są zgodni co do tego, że dodatek tłuszczu do warzyw pozwala przyswajać zawarte w nich witaminy, a kucharze stosując te zalecenia tworzą połączenia doskonale każdemu znane jako sałatka caprese, pomidory ze śmietaną, sałatki majonezowe, brukselka z tartą bułką, marchewka z groszkiem, szpinak z jajkiem i śmietaną itd.

Slow food też ma coś do powiedzenia w tej kwestii. Tłuszcz, zwłaszcza zwierzęcy, pozwala wydobyć smak potraw w sposób naturalny, bez użycia glutaminianu sodu, który zawierają popularne przyprawy zwane uniwersalnymi czy też kostki rosołowe. Oczywiście wegetarianie i weganie nie muszą w obliczu tej prawdy drzeć na sobie szat! Oliwa z oliwek smakuje doskonale w sałatkach i jest zdrowsza niż majonez, a oleje z rzepaku, orzechów, sezamu czy pestek winogron nadają się do smażenia nie gorzej niż smalec.

Z tego wynika, że biblijna ziemia, która opływa w mleko i miód (Genesis 3:8), aby być naprawdę zdrowa i pyszna, a przy tym dogodna dla nietolerujących laktozę, powinna zamiast mleka zawierać masło. I oliwę z oliwek.

Rzecz jasna, w każdej kwestii stosujemy zasadę złotego środka. Obżerania się tłuszczami nie zalecam nikomu… Choć są TAKIE PYSZNE!

EDG

Jak pisałam, dziś od rana spędzałam czas w Urzędzie Miasta, dopełniając niezbędnych formalności związanych z zakładaniem firmy. Jako urzędniczka nie lubię odwiedzać urzędów, takie zboczenie zawodowe. Na szczęście UM jest otwarty juz od 7.40, więc nie trzeba stać w kilometrowych kolejkach. Trochę się tego wszystkiego obawiałam, zwłaszcza po artykule, jaki wysłała mi parę dni temu my sElf (niby że o blondynce, ale mały stres pozostaje).

Absurdalne “jedno okienko”, o którym zdarzyło mi się już wspomnieć, zostało w Krakowie naprawdę dobrze pomyślane i rozwiązane i faktycznie funkcjonuje niemal jak “jedno okienko” (tak naprawdę cztery, ale w jednym pomieszczeniu). POP czyli Punkt Obsługi Przedsiębiorcy to równocześnie EDG, ZUS, US, GUS. Można też uzyskać tam informację, jak wypełnić wnioski oraz jak pozyskać fundusze unijne. Ja wypełniłam sobie wcześniej bardzo intuicyjny formularz EDG w wersji elektronicznej (w wielu wątpliwych kwestiach sam podpowiadał mi odpowiedzi) i uniknęłam poprawiania wniosku (nawet PKD wybrałam dobrze!). Cała procedura zajęła mi godzinę, raz tylko musiałam zaczekać do pani z ZUSu dosłownie kilka minut. Przypuszczam, że w godzinach szczytu może to trwać nieco dłużej, ale wszystko załatwia się w jeden dzień, nie ma mowy o wysyłaniu czegoś pocztą czy czekaniu miesiącami. Wszystkie papierki pan od EDG poroznosił do odpowiednich okienek i tyle było mojego załatwiania. Potem można się udać do sklepiku z pieczątkami.

Z dniem dzisiejszym KahvaThea znalazła się w oficjalnym rejestrze. Gratuluję sobie i wszystkim zaangażowanym.

“Czekolada”, czekolada…

Dziś spadł pierwszy śnieg. To nie żart, jest 14 października i spadł pierwszy śnieg. Jutro moi rodzice obchodzą kolejną rocznicę ślubu, a ja oficjalnie rejestruję swoją firmę. Lubię “piętnastki”. Śnieg i samotne popołudnie (nie licząc towarzystwa paciorkowca, który zagnieździł się w moim ciele – tymczasowo i Kotów, które zadomowiły się w naszym mieszkaniu – zameldowane na stałe) dały wrażenie, że to już Święta. Mieszkanie zimą pachnie inaczej, pachnie Świętami. Tak bardzo chciałabym, bo to przecież już będzie prawie to…

Nie dając się ostatecznie porwać nostalgii, sięgnęłam po czekoladę. I “Czekoladę”. Oglądałam ten film już dość dawno temu, ale pod wpływem my sElf postanowiłam sobie przypomnieć. Tym razem tylko ja i Werbena. Piołun spał w kuchni, a Ślubny poszedł do pracy, ale pamiętam, że przy naszym pierwszym seansie wyglądał, jakby zrobiło mu się nieco słabo w trakcie sceny z polewaniem kurczaka czekoladowym sosem.

cup-of-chocolate

“Miarą dobroci nie jest to, czego nie robimy. Jest nią to, co tworzymy i w jaki sposób staramy się wyciagnąć rękę do drugiego człowieka.” To parafraza chyba mojego ulubionego cytatu z “Czekolady”. To film o ludziach – zagubionych, samotnych i nieszczęśliwych. Żyjąc z dnia na dzień bez próby zmiany rzeczywistości, akceptują to, co przyniesie im los i udają równocześnie, że przecież wszystko jest w porządku. I nagle, zupełnie niespodziewanie, w ich życiu pojawia się dobry duch, wróżka, która przepędza smutki, a żal topi w filiżance gorącej czekolady.  To opowieść magiczna nie tylko ze względu na swoją poetykę, sposób prowadzenia narracji, filmowania, ale przede wszystkim prezentowania głównych bohaterów i wróżki, która wreszcie po wiekach wędrówki odnajduje dom.

Ale dla mnie “Czekolada” to jakby parafraza SlowFoodu. Jest nas niewielu, ale wierzymy, że to, co robimy, jest dobre i słuszne. Ta wiara, może nie od razu, ale przekona innych. Powolutku, trzeba dać spróbować ludziom tej slowfoodowej czekolady, niech się uśmiechną, niech zobaczą, jaka radość płynie z jedzenia i z tego, co jest kluczem do sukcesu – z radości bycia razem. SlowFood jak sklepik z czekoladą – to miejsce, gdzie spotykają się ludzie.

Poza tym “Czekolada” jest wizualnie pięknym filmem. Z lekką zazdrością oglądałam przygotowania do otwarcia, pamiętając jednak, że już niedługo czeka mnie to samo. Jak podglądacz w kuchni, zerkałam przez ramię głównej bohaterce, by podpatrzyć jej sztuczki i pomysły. Wciąż nie do końca wierząc, że będzie to też moim udziałem.

tease-chocolat-film1 “Czekolada”. To film dla kobiet, bo przecież wróżka jest w każdej z nas. A ja każdej z nas życzę, by znalazła dom, którego od tylu wieków szuka.

Tutaj znajdziecie nieco więcej o “Czekoladzie”. A dla chandrowiczów jesiennych – domowy przepis i gwarantowany smak dzieciństwa:

Kostkę masła rozpuścić ze szklanką cukru i 1/2 szklanki wody w rondelku. Doprowadzić do wrzenia, ale nie gotować. Do gorącego jeszcze wsypać torebkę mleka w proszku i kakao – ile tylko lubicie. Od gorącej będzie bolał brzuch (choć Ślubny nigdy mi nie wierzy), za to miska czekolady na popołudniowy śnieg – niezastąpiona.

Naleweczka

Ta-dam! Wreszcie została rozlana. Moja pierwsza nalewka.  Jako że wiśnie wyszły (wpadłam na pomysł robienia nalewki z wiśni we wrześniu), musiałam ratować się śliwkami. Oczywiście wszystko przebiegło idealnie, zatem kolejne przepisy już powolutku zagrzewają miejsce w mojej głowie.

Nalewka ze śliwek

Nalewka ze śliwek

Naleweczka będzie teraz jeszcze dochodzić i przegryzać się w butelkach, ale nie mogliśmy się powstrzymać od pochwalenia się wszem i wobec. Kieliszki na zdjęciu otrzymaliśmy od naszych drogich przyjaciół w prezencie ślubnym. Piszę o nich dlatego, że wyprodukowane zostały przez firmę Rosenthal, która w obliczu kryzysu ogłosiła kilka miesięcy temu upadłość. Wielka szkoda. Podobno ktoś wykupił ich udziały, może wciąż będą tworzyć te małe cudeńka.

Wreszcie w temacie kawy

O ile w przypadku herbat można mówić o niezwykłym bogactwie odmian i gatunków, o tyle kawy liczą się na świecie w zasadzie dwie: arabica (Coffea arabica Linne) i robusta (Coffea canephora Pierre). Arabica to ok. 70% upraw światowych, ma delikatniejszy smak, ale jest trudniejsza w uprawie (ze względu na podatność na choroby i szkodniki) i przez to droższa.  Robusta to pozostałe 30%, ma bardziej zdecydowany smak, nieco cierpki i jest zdecydowanie bardziej odporna od arabiki. Nie jest jednak szczególnie ceniona, z rzadka pije się czystą robustę, natomiast jest spotykana jako mieszanka z arabiką.

coffee-beans-gal-431

Po tym króciutkim wstępie chciałabym przejść do meritum, czyli – jaka kawa? I to kolejne trudne pytanie, bo rodzaje kawy można podzielić wielorako. Nie wgłębiając się jednak w anatomiczne wręcz drobiazgi odróżniające Macchiatto od ein Brauner, proponuję następująca klasyfikację (w tym przypadku pozwalam się kłócić):

  • caffe espresso – klasyka klasyki; intensywna czarna kawa o pojemności 25 ml przyrządzona przez 25-sekundowe zaparzanie pod ciśnieniem 6-7 gram kawy. Podaje się ją w maleńkiej filiżance o grubych ściankach o pojemności 70 ml. Idealnie przyrządzone espresso ma na powierzchni crema, czyli orzechową piankę, która skrywa ogromną część jego aromatu. Słowo espresso pochodzi od włoskiego espressivo – wyrazisty, wyraźny.W Polsce wciąż jeszcze mało popularna, najczęściej stanowi bazę innych kaw. Espresso podaje się zazwyczaj z małą szklaneczką wody, która służy koneserom do przepłukania ust przed każdym łykiem kawy, tak by najpełniej wydobyć jej aromat.
  • caffe lungo – to “wydłużone” espresso (allungato) – dla osób o słabszych nerwach, które jednak przepadają za czarną kawą; przygotowuje się je jak klasyczne espresso, z tym że używa się podwójnej ilości wody do zaparzenia
  • caffe doppio – “podwójne” espresso; ma moc klasycznego, tyle że jest dwa razy większe; to tak, jakby kupić dwie małe espresso i wymieszać
  • caffe ristretto – to najsilniejszy napój w rodzinie espresso; przygotowuje się go z tej samej ilości kawy co klasyczne espresso: różnica polega na dodaniu mniejszej ilości wody przy wyższym ciśnieniu w celu uzyskania mocnej kawy o bardziej intensywnym smaku; zabójcze
  • cappuccino – pite wyłącznie do godz. 10.00 (choć w Polsce pije się je o każdej porze dnia, to we Włoszech zamówienie cappuccino już po południu jest traktowane jako wielkie faux pas) ; kawa do śniadania podawana razem z bułeczkami z marmoladą lub croissantami. Nazwę wzięła od koloru habitów kapucynów (cappuccini), którzy ponoć wynaleźli ten rodzaj przyrządzania kawy. Cappuccino powinno mieć idealne proporcje 3/3: 1/3 kawy, 1/3 mleka, 1/3 pianki. Podaje się je w większych niż espresso białych filiżankach przyozdobione kakao lub cynamonem
  • caffe macchiato – “kawa z plamką”; jest to espresso “ubrudzone” odrobiną spienionego mleka. Można ją pić zarówno do śniadania, jak i po południu. Nie mylić z:
  • latte macchiato -  z wł. “splamione mleko”.  Otrzymujemy je poprzez bardzo ostrożne wlanie do szklanki ze spienionym mlekiem kawy espresso. W ten sposób powstają trzy efektownie wyglądające warstwy: mleko, orzechowa kawa i gruba pierzynka pianki. Zazwyczaj posypuje się je też cynamonem (uwaga, moje pierwsze publiczne wyznanie: nie lubię kawy! Latte macchiato jest jedyną, którą jestem w stanie wypić bez zastanawiania się nad tym, jak źle będę się po niej czuła). Takie Latte podaje się w wysokich szklankach z przezroczystego szkła, by podkreślić efekt wizualnylatte_macchiato
  • caffe latte – to, wbrew pozorom, coś innego niż latte macchiato; przygotowuje się je z filiżanki kawy espresso ze spienionym mlekiem serwowanym na wierzchu filiżanki;  wymieszane mleko i kawa powinny tworzyć gęsty, marmurkowy płyn; caffe latte nie podaje się w szklankach
  • caffe marocchino – jest to espresso z mlekiem i kakao, a serwuje się je w szklaneczce lub filiżance; w Rzymie zwana Genovese, a w Genui – Tunisino; my pozostaniemy przy marocchino. Podobna do niej jest:
  • caffe mocca – idealnie wymieszane: espresso, rozpuszczona czekolada i spienione mleko; w wersji dla miłośników nabiału – z bitą śmietaną (oczywiście nie należy zapominać, że de mocca to przede wszystkim odmiana kawy sprowadzana początkowo z Turcji a także nazwa czajniczka do parzenia kawy – w spolszczonej wersji: mokka)
  • caffe borgia – to mieszanka espresso i gorącej czekolady pokryta słodką, bitą śmietaną; w odróżnieniu od mokki – bez mleka
  • Irish coffee – kawa z północy przygotowana po raz pierwszy przez Josepha Sheridana z portu lotniczego Foynes dla rozgrzania osób podróżujących przez Atlantyk (co ciekawe, likier Sheridan’s powstał z inspiracji właśnie kawą Irish; to alkohol składający się w 1/3 z likieru śmietankowego i w 2/3 z likieru kawowego zmieszanego z irlandzką whiskey). Na dno specjalnej, wysokiej szklanki wlewa się espresso, następnie miarkę irlandzkiej whiskey oraz wsypuje niewielką ilość brązowego cukru. Tę mieszankę z kolei przybiera się ubitą śmietaną, pod żadnym pozorem nie dopuszczając do zmieszania się warstw. Irish coffee powinna z wyglądu przypominać piwa typu stout
  • frappe – kawa rodem z Grecji; doskonała na śródziemnomorskie upały i przez swą intensywność stawiająca na nogi. Przygotowuje się ją poprzez zmiksowanie kawy, cukru i wody/mleka aż do uzyskania pięknej pianki. Następnie uzupełnia się ją kostkami lodu i pozostałą wodą/mlekiem

Oczywiście w KahvaThei będzie można spróbować każdej z tych kaw – w końcu należą do klasyki kawiarnianej. Niemniej to nie wszystko. Będzie sporo niespodzianek. Obiecuję.

Wrażenia po “Juliach”

“What is better than butter?”

Drugi film z rzędu, gdzie gloryfikacja masła przechodzi ludzkie pojęcie. Nawet Ślubny stwierdził wczoraj: “Dodałem masełko do kalafiora i smakuje dużo, dużo lepiej.” Zatem co jest lepszego w świecie niż masło? Więcej masła. Ewentualnie jeszcze więcej masła.

My sElf stwierdziła przed seansem, że to będzie naprawdę dobry film i nie myliła się. Czekałam dwa miesiące, potem czekałam, aż przeminą reklamy i napisy początkowe. I już po filmie. Niestety.

julie-and-julia-movie-still

Meryl Streep jest rewelacyjna, jak zwykle. Julia Child w jej wykonaniu przekonuje nie tylko wyglądem, ale i głosem, i zachowaniem. Od przedwczoraj wbiegam do kuchni z “Bon apetit!” na ustach, wypowiedzianym koniecznie z nieco piskliwym akcentem na “bon” oraz “tit”. Pokonując dystans kilkudziesięciu lat potrafi przekonać, że jajka wcale nie są oślizgłe i obrzydliwe, masło nie zabija, można zaryzykować rzęsiste łzy męża dla satysfakcjonującej góry cebuli i bez kompleksów stać się świetną kucharką w zarezerwowanym dla mężczyzn świecie kuchni francuskiej. Jak powiedziała Meryl Streep o Julii: “It wasn’t about her glamour, it was about the force of her personality.”

Co mnie nieco rozczarowało, to osoba Julie Powell. Nie mam nic do zarzucenia Amy Adams, zagrała tak, jak powinna, to tylko jej bohaterka jest jakaś taka… mało sympatyczna. Zapatrzona w siebie, z każdą minutą filmu coraz bardziej egocentryczna, nawet jej “przemiana” i przepraszanie męża (dokonane zresztą przy pomocy bloga – co to za dziwaczne obyczaje?) jakoś mnie nie przekonały. I nietrudno mi zrozumieć niechęć Julii Child dla całego przedsięwzięcia. Jest zasadnicza różnica między tymi dwiema kobietami – Julia gotowała dla innych, Julie dla siebie.

Film jest także opowieścią o mężach. Wspierających na każdym kroku, w chwilach sukcesu i niepowodzeń. O mężach, którzy prawie się nie przedstawiali – dowiadujemy się ledwie, że pan Child jest dyplomatą bibliotekarzem, a pan Powell redaktorem pisma archeologicznego (?). Ale zawsze trwali przy swoich kobietach, które postanowiły spełniać marzenia, czasem zbyt wielkim kosztem.

I jest wreszcie czwarty bohater, a w zasadzie bohaterka “Julie i Julii”. Kuchnia. Przezornie przed filmem poszliśmy na obiad, by juz przy jednej z pierwszych scen nie cierpieć katuszy. Torty, soczyste wołowiny, nawet kraby! Wszystko wygladało pięknie, pysznie, smakowicie. Na sali kinowej niemalże czuło się zapach smażonego mięsa i cebuli.

“Na widok takiej ilości masła niemal stanęło mi serce”. Polecam gorąco miłośnikom kuchni. A także nie-miłośnikom. A po filmie koniecznie zapraszam na De’Serek.

Ciasteczkowo-potworowo

Czując sentyment do przedświątecznych ciasteczkowych maratonów, lubię nadal bawić się w Ciasteczkowego Potwora, tyle że ja nie pochłaniam, a piekę. Robienie ciastek jest żmudne. Nad każdą sztuką trzeba się pochylić, uformować kulkę, wyciąć serduszko, zawinąć ślimaczka. Ozdobić, posypać, polać czekoladą. Za to efekty są nie tylko pyszne, ale i cieszące oko. Mamy już pomysł na ciasteczka w KahvaThei – na pewno ich tam nie zabraknie.

Dziś chciałam przedstawić pierwszą parę:

CZEKOLADOWE ŚLIMACZKI i KAWOWE CAŁUSKI

Ślimaczki biało-czarne uderzają najpierw intensywnym czekoladowym aromatem, a potem grającą w tle nutką cytryny.

p1010009

Kawowe Całuski smakują jak cukierki “Kopiko” i idealnie nadają się do nieosłodzonej kawy. Ślubny wypróbowywał ostatnio ich połączenie z kawą miętową – podobno idealne.

p1010011

Oczywiście ciasteczka, jak to ciasteczka, są zupełnie niezobowiązująca przekąską. Dobrze rozumieją się z kawą, jak i herbatą czy sokiem. Nawet podjadane bez towarzystwa przy czytaniu książki czy nauce sprawiają dokładnie taką samą przyjemność.

Starsze wpisy »
www.kahvathea.pl | WordPress | projekt graficzny: Artedotum.pl