Tytuł? Może mylący. Nie panikuję na dźwięk słowa “cholesterol”. Wychodząc z założenia, że na coś trzeba umrzeć, a skoro tak, to lepiej umrzeć z powodu pysznych rzeczy niż odmawiania sobie jedzenia, jestem raczej sceptycznie nastawiona do tych wszystkich rewelacji na temat maksymalnych i minimalnych dawek cholesterolu (co zresztą zaznaczyłam przy okazji artykułu o jajkach). Należy to oczywiście traktować w kategorii “przymrużenia oka” – bynajmniej nie namawiam do żywieniowej beztroski (niektórzy twierdzą, że produkty z McDonald’sa są pyszne – a też mogą zabić). Niemniej histeria związana z cholesterolem, jego poziomem, a przy okazji krzywda, jaką zrobiono masłu to temat na osobne rozważania. I takie zamierzam tutaj poczynić.
Artykuł na podstawie:
Gina Mallet, Ostatnia szansa, żeby dobrze zjeść, Warszawa 2006
Uda Pollmer, O tłuszczach, w: “Slow Food”, s. 47-51
Marco Riva, Magiczna kula i kamienie filozoficzne, w: “Slow Food”, s. 136-139
Poza tym – statystyki własne na podstawie stron wygooglowanych w sieci, głównie poświęconych zdrowiu i/lub urodzie; informacje biochemiczne na podstawie Wiki.
Marco Riva ma rację, twierdząc, iż najbardziej absurdalne uproszczenie polega na tym, że przypisuje się całkowitą skuteczność lub wszelkie negatywne skutki konsumpcji określonego produktu oraz wprowadzeniu do diety lub ograniczeniu występowania w niej pojedynczego składnika odżywczego. Prawienie wszem i wobec truizmów o tym, że świat nie jest czarno-biały jak w kreskówkach Disneya mija się z celem w stosunku do osób, które z owych kreskówek wyrosły. Dlatego nie będę ich prawić. Tylko dlaczego przemysł spożywczy i powiązany z nim przemysł marketingowy traktuje nas jak ciągłych odbiorców kolorowych rysowanek? Nie lubię, kiedy wpycha się mi z uporem maniaka czarno-biały obraz świata, w którym jedno jest złe, a drugie dobre. W tym konkretnym przypadku mam na myśli margarynę i masło. Wraz ze wzrostem świadomości konsumenckiej i konsumpcyjnej wyeliminowałam ze swej kuchni margarynę, co nie znaczy jednak, że nagle kolory uległy przestawieniu. Problem jest bardziej złożony.

Na początek należy zadać sobie pytanie – skąd wziął się ten bardzo długi już spór, którego obie strony toczą niemalże epickie boje o słuszność swoich racji? Głównym winowajcą był cholesterol, jedyny słuszny, gdyż w czasach, gdy zaczęto obawiać się go, nie rozróżniano jeszcze “dobrego” i “złego” cholesterolu. Cholesterol to potoczna nazwa pokrewnych substancji lipidowych występujących w osoczu krwi – lipoprotein, w skład których, między innymi wchodzą grupy cholesterolowe. Rozróżniamy przy tym tzw. zły (niskiej gęstości – LDL) i dobry (wysokiej gęstości – HDL) cholesterol. Zaburzenia równowagi pomiędzy nimi istotnie zwiększają ryzyko wystąpienia miażdżycy i chorób układu sercowo-naczyniowego takich jak: choroba wieńcowa i zawał serca, udar mózgu i miażdżyca zarostowa kończyn dolnych. Mogą również doprowadzić do chorób układu pokarmowego (cholesterol okazał się głównym składnikiem kamieni żółciowych).
Co do samego cholesterolu – kilka faktów, tym razem pozytywnych:
- wydawać by się mogło (zgodnie z tezą o szkodliwości cholesterolu), że mleko matki jest zabójcze; jest szczególnie bogate w tę zdradliwą substancję, której nowo narodzone dzieci nie mogą same wyprodukować, ale potrzebują jej do rozwoju mózgu
- cholesterol odgrywa istotna rolę w metabolizmie jako jeden z podstawowych elementów w komórkach naszego ciała
- połowa zawartości nadnerczy to czysty cholesterol, który wypełnia też 10-20% mózgu
- nawet serce, które uważa się za najbardziej narażone z powodu tego składnika, zawiera go ok. 10%
- ciało potrzebuje cholesterolu do produkcji hormonów płciowych i hormonów stresu, witaminy D i kwasów żółciowych; bez niego nie mogłyby funkcjonować układy: nerwowy i immunologiczny
- organizm nie jest uzależniony od tego, czy dostarczamy mu cholesterol czy nie – sam potrafi go wytwarzać; ciało zdrowej osoby produkuje dziennie ok. 1-2 g cholesterolu w zależności od potrzeb; dlatego, nawet jeśli nasza dieta jest w niego uboga, nie powoduje to spadku poziomu tej substancji we krwi.
Stwierdzono, że głównym dostawcą cholesterolu są nasycone kwasy tłuszczowe występujące w duzych ilościach przede wszystkim w czerwonym mięsie, maśle i łoju, czy generalnie tłuszczach pochodzenia zwierzęcego. Za nieszkodliwe uznano tłuszcze roślinne – nienasycone, które cholesterolu nie zawierają.
Analiza kilku stron internetowych poświęconych zdrowiu tudzież kilku artykułów z poczytnych pism dla pań pokazała, co następuje:
- nadal pokutuje przekonanie o maksymalnej dawce dziennej cholesterolu ustalonej na poziomie 300 mg (skąd się to wzięło, pisałam już przy okazji jajek)
- mięso i masło są złem (czasami koniecznym); wniosek ogólny – jedz ryby, jeśli potrzebujesz mięsa, a masło zastąp masełkami i mixami
- główna uwaga jest skupiona na tym, czy posmarowanie kromki 5 g masła będzie dla nas w przyszłości zabójcze, czy też możemy sobie pozwolić na tę ekstrawagancję
- jajka to jeden z głównych dostarczycieli cholesterolu – należy je ograniczać
Smutne jest przede wszystkim to, jak nadal pewne mity pokutują w świadomości społeczeństwa i, co najgorsze, nadal są przekazywane jako udowodniona “prawdziwa prawda” oczywiście naukowa.
Kilka słów zatem o margarynie:
- rozróżniamy dwa rodzaje margaryn: do smarowania pieczywa (miękkie) i do pieczenia/smażenia (kostkowe twarde)
- jest to emulsja tłuszczowo-wodna wytwarzana poprzez katalityczne uwodornienie płynnych olejów roślinnych (rzepakowego, sojowego, palmowego, arachidowego i innych)
- zawartość tłuszczu w margarynie wynosi 40-80%
- jako pochodna tłuszczów roślinnych oczywiście nie zawiera cholesterolu
Główny problem zdrowotny z margaryną polega na tym, że w trakcie reakcji uwodornienia powstają tzw. tłuszcze trans (trans-fat), które mają działanie rakotwórcze (w tłuszczach zwierzęcych naturalna zawartość trans-fat waha się w granicach 3-5%). Ponadto, co zdaje się ironią losu, powodują one wzrost ilości złego cholesterolu we krwi! Tak więc margaryna, która miała być zbawieniem od LDL, sama zaczęła go “produkować”. Gdy stało się to publiczną informacją, zmodyfikowano proces produkcji margaryny miękkiej tak, że obecnie nie zawiera ona tłuszczów trans. Nie udało się to natomiast z margarynami kostkowymi, dlatego też pozostają one wysoce szkodliwe (a niestety właśnie margaryny są w większości stosowane w wyrobach cukierniczych).
Oleje roślinne są bogate w kwasy wielonienasycone omega-6 i kwasy jednoniesasycone omega-9, które, choć niezbędne do funkcjonowania organizmu, mogą także prowadzić do rozwoju nowotworów, gdy tylko zaburzy się ich równowagę z kwasem tłuszczowym wielonienasyconym omega-3 (DHA). Choć omega-6 obniża zawartość w organizmie złego cholesterolu, w nadmiarze może też prowadzić do obniżenia dobrego cholesterolu. Ponadto przy niedoborach omega-3 kwasy omega-6 i -9 mogą prowadzić do rozwoju raka piersi i raka prostaty. Co ciekawe, tłuszcze nasycone (zwierzęce), choć według specjalistów szkodzą sercu, nie mają żadnego wpływu na rozwój nowotworów, a wraz z kwasami omega-3 mogą im nawet przeciwdziałać.
Ancel Keys, twórca sławnej teorii tłuszczów szkodliwych i nieszkodliwych, przyznał ostatnio, że jego badania nie potwierdziły istnienia “znaczących związków między dietą a poziomem cholesterolu we krwi z jednej strony a pojawieniem się wieńcowych chorób serca z drugiej.” Szwedzki naukowiec, Uffa Ravanskov, twierdzi wręcz, że większość badań przeczy teorii tłuszców, ale nie zostały opublikowane, gdyż nie zgadzają się z powziętymi z góry przez lekarzy poglądami. “Jest prawdopodobne, że dieta człowieka zawiera substancje, które mają ważne znaczenie dla naczyń krwionośnych i serca. Natomiast nie ma prawie żadnego dowodu, że grupa nasyconych kwasów tłuszczowych jest szkodliwa, a grupa wielonienasyconych daje korzystne efekty.”
Jak te wszystkie rozważania mają się do KahvaThei? Przede wszystkim:
- margaryna smakuje paskudnie i psuje smak każdej potrawy, a także zawiera tłuszcze trans
- masło jako produkt naturalny, stosowany od setek lat, kojarzy się nie tylko z dzieciństwem (nigdy nie zapomnę, jak na wakacjach u babci ubijałyśmy gęstą i niemoralnie tłustą śmietanę w drewnianych maselnicach), ale przede wszystkim z niepowtarzalnym smakiem i aromatem, którego nie da się się zastąpić żadnym sztucznym tworem
- kiedy roztapiam masło 82%, mam pewność, że nie otrzymam zawiesiny tłuszczu w szklance wody

Jednym z argumentów podnoszonych przez przeciwników masła, poza oczywiście cholesterolem, jest jego cena: “No coś ty! Przeciez masło jest TAKIE drogie!”. No cóż. Jakość-cena. Zależność jest nieubłagalna. Zresztą, co tam cena. Najważniejsze, żeby było pysznie.